czwartek, 2 lipca 2015

Miłość, miłość... też mi coś!

Wczoraj w apogeum doznań rodzicielskich (czytaj: wieczornych wrzasków związanych z kąpielą, myciem włosów, zabawą i niechęcią do przerywania tejże) spotkało mnie olśnienie. Zrozumiałam, czym jest MIŁOŚĆ RODZICIELSKA. To znaczy, przypuszczam, że Ameryki nie odkryłam i wiele już na ten temat powiedziano, jednakże tym razem poczułam to bardzo, poczułam to głęboko i dosadnie. I postanowiłam się tymi odczuciami podzielić.

Wydaje się, że uczucie wiążące rodziców z dzieckiem, to coś wyjątkowego, wspaniałego, niepowtarzalnego i pięknego. I może nawet coś w tym jest. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to jest to uczucie maksymalnie irracjonalne.

Bo czy normalnym jest, że człowiek, któremu w życiu jest całkiem przyjemnie, nagle chce postawić je na głowie, zmienić wszystko, tylko dlatego, żeby pojawił się ktoś, dzięki komu nie będzie się wysypiał, będzie musiał mieć oczy dookoła głowy przez niemalże 24 godziny na dobę? Przez kogo mocno ograniczy się jego budżet? Przez kogo wszystkie codziennie czynności nabiorą nowego wymiaru, ponieważ będą musiały być wykonywane kilkadziesiąt razy dziennie, bo za każdym razem styczności z tą nową istotą na nowo? Kto normalny bierze sobie na głowę taką odpowiedzialność na całe życie? Kto o zdrowych zmysłach ma nadzieję wypocząć na krótkich wakacjach z grupką małych i większych ludzi, z których każdy pragnie i potrzebuje czego innego akurat w tym samym momencie? Komu zależy na tym, żeby na wszystkich możliwych powierzchniach płaskich były miliony malutkich odcisków tłustych paluszków? Albo sucha karma kocia lądowała w misce z wodą? Lub cała zawartość luksusowego płynu pod prysznic znalazła się w wanience dziecka? Kto pragnie dostawać w ciągu dnia kilkunaście zawałów serca obserwując własne dziecko w sytuacjach zagrażających życiu – tzn. w połowie schodów na piętro, tracące równowagę na tapczanie i lądujące na ziemię lub w sytuacjach zgoła nie zagrażających życiu, za to wyglądających tak właśnie – ogłuszający wrzask dziecka i bieg niczym sprinter, bo mrówki mu weszły na sandał i z pewnością zeżrą go łącznie z połową nogi!
Kto chce gotować obiad jedną ręką, bo druga jest zajęta noszeniem bąbla, któremu co prawda nic nie dolega, ale akurat w tym momencie ma potrzebę bliskości?
Kto funduje sobie na życzenie stres związany z późnym powrotem nastolatki z imprezy? Niekoniecznie w stanie najświeższym (tego akurat jeszcze nie doświadczyłam, za to sama... a tam, nie ważne :) ) Lub nieprzespane noce, bo dziecię ma gorączkę i kaszle niczym gruźlik.
Dla kogo miłym jest być wiecznie uślintanym, obrzyganym, ubabranym wszelkimi możliwymi płynami i wydzielinami fizjologicznymi? Która kobieta marzy o tym, aby cały dzień spędzać z niemowlakiem uwieszonym u piersi? Bez względu na porę. A który mężczyzna ma zamiar dzielić się z innym człowiekiem żoną aż do tego stopnia?

I jeszcze jedna zasadnicza rzecz! TO WSZYSTKO ZA DARMO! Kompletnie!

Trzeba przyznać, że jak się na tą sprawę spojrzy z dystansu, to wygląda dosyć niepokojąco.

Więc właśnie podczas mocnego odczuwania, że jestem rodzicielką, doszłam do wniosku, że ta osławiona miłość rodzicielska, to nic innego tylko mechanizm samozachowawczy gatunku! I wiem, że mogą pojawiać się głosy sprzeciwu, że nie, że to nie tak, że to prawdziwe uczucie itd. Ja nie mówię, że to nie jest prawdziwe! Chodzi mi o to, że to jedyny sposób, aby gatunek przetrwał. Nikt normalny nie jest w stanie wytrzymać hałasu i chaosu generowanego przez kilkoro dzieci, ba, czasami nawet jedno dziecko potrafi produkować tyle decybeli, co startujący odrzutowiec. Do tego trzeba dołożyć permanentne zmęczenie bez możliwości regeneracji, bo nikt inny nie chce (tłumacząc się niby nadmiarem obowiązków... - ale rozumiem!) wziąć na siebie takiego ciężaru i ogarnąć małej hołoty. Nikt, kto nie jest pod wpływem „miłości rodzicielskiej” nie zniesie tego na dłuższą metę! Sama mam nieraz mordercze myśli (pocieszcie mnie, że nie jestem sama) a propos moich wspaniałych pociech, choć przecież je kocham nad życie, a przynajmniej mój mózg tak mówi.

Dlatego uważam, że natura doskonale o tym wiedziała (być może poprzedziły to lata nieudanych prób) i „wymyśliła” sobie, że trzeba w jakiś sposób przywiązać tych rodzicieli do potomstwa, bo inaczej to będzie krucho z przetrwaniem. I stworzyła mieszankę hormonów i innych substancji, które powodują, że człowiek kocha.
Ale jak to sobie mądrze wymyśliła! Nie jest to takie tam krótkotrwałe działanie czarodziejskiej mieszanki. Trwa całe życie! Bez względu na to, jak się nam to potomstwo odpłaca, my twardo trwamy na stanowisku i akceptujemy, pomagamy, wspieramy, ubóstwiamy! To dopiero czary!

Oby zasoby odpowiednich substancji w naszych organizmach były „niewyczerpywalne”! :)

Ach, zapomniałabym. Żeby wynagrodzić rodzicom wszystkie troski dnia codziennego Natura wymyśliła również widok śpiącego dziecka – najpiękniejszy widok na świecie! 




poniedziałek, 15 czerwca 2015

Czas zwykły-niezwykły




Pierwszy raz od dłuższego czasu wyszłam do miasta dopołudnia w dzień powszedni. Zazwyczaj o tej porze jestem w pracy, ale dzisiaj mam wolne. I zrobiło mi się sentymentalnie… Wróciłam myślami do „rok temu”. Rok temu o tej porze wychodziłyśmy z Najmłodszą na spacer. Oglądałyśmy wystawy, pływające po Olzie małe kaczki, spotykałyśmy inne mamy z bąblami w wózkach, a potem Ona zasypiała, a ja siadałam na ławce pod drzewem i czytałam, czytałam, czytałam. Nigdy wcześniej chyba nie przeczytałam tylu książek. Ale to w sumie nie ważne. Chodzi o to, że taki rozkład dnia to była normalność. Każdy dzień podobny do drugiego, bez zbytnich zaskoczeń (do jedynych chyba można zaliczyć późną porę pobudki). Wtedy zawiewało lekko nudą, bo ileż można?! Często byłam tym wszystkich zmęczona – non stop niemowlę, dom, zakupy, obiad… popołudniu szłyśmy po Średnią do przedszkola, później dołączała reszta gromadki … i tak na okrągło. Wszystko przewidywalne i być może nijakie takie… Momentami nawet chciałam już do pracy, do ludzi, do czegoś innego.

I to nastąpiło. Od pół roku pracuję, a Najmłodsza jest w żłobku. I dopiero teraz widzę, jak wspaniały to był czas. 24 godziny na dobę mogłam obserwować jak z małej, niespełna 2-kilowej kruszynki, wyrasta pulchny niemowlaczek, który każdego dnia zdobywa nowe umiejętności, któremu mogłam krok po kroczku pokazywać świat, nazywać jego składowe i widzieć jak te wszystkie informacje układają się w małej główce.

Zdaje się, że nie wiedziałam, jakie mam szczęście, że mogę sobie pozwolić na luksus rocznego urlopu rodzicielskiego. Niestety nie każda mama ma podobnie, ale też nie każda mama chce. Część z nich musi wracać do pracy ze względów finansowych, inne po prostu od początku nie planowały dłuższego pobytu z dzieckiem w domu.

Kiedy urodziła się Najmłodsza nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć mojej kadrowej, która zapytała, jak długi urlop wezmę. Ale pomyślałam, że skoro Mała jest wcześniakiem, to należy jej się więcej, dlatego wzięłam całość przysługującego mi urlopu. Faktycznie wykorzystałyśmy ten czas dość dobrze. Ze względu na wcześniactwo musiałyśmy chodzić na rehabilitację, potem w domu rehabilitacja – co prawda nie bardzo intensywna, bo nie było takiej potrzeby, ale jednak dziecko musiało być aktywizowane bardziej niż urodzone w terminie, bez odchyleń. Dzięki temu Najmłodsza szybko pokonała trudności i dogoniła rówieśników.

Nie wiem, czy to dlatego, że była taka możliwość, czy to po prostu taki model, ale Najmłodsza, poza paroma wyjątkami, nie przyjmowała do roku żadnych innych pokarmów poza moim mlekiem. Więc do roku była tylko na piersi. Proponowałam inne pokarmy, gotowałam, starałam się – bez szans! W końcu przestałam nalegać, a ona zaczęła jeść z dnia na dzień. Wszystko. Pomidorówkę, kaczkę, warzywa, owoce. Wszystko! Jako pierwsza w rodzinie :) Gdybym poszła do pracy wcześniej, pewnie trzeba by było znaleźć jakieś rozwiązanie, pewnie z głodu by ją w końcu przycisnęło i zaczęłaby jeść, ale czy przebiegłoby to tak bezstresowo jak odbyło się w domu?

I tak żałuję, że nie mogę być z nią nadal, choć już się wszyscy przyzwyczailiśmy do stanu rzeczy jaki jest, to znaczy, że dorośli do pracy, dzieci do instytucji. Zresztą innego wyboru i tak nie ma. W naszym kraju naprawdę trudno, kiedy tylko jedna osoba zarabia… Choć ja też nie jestem typem domatorki, potrzebuję kontaktu z ludźmi, innych niż tylko domowe sytuacje.

Ale z perspektywy czasu uważam, że te chwile, które spędziłyśmy w domu przez rok były przepiękne, te chwile się nam należały po tym wszystkim, co przeszłyśmy w ciąży, za te wszystkie szpitale, nerwy, taki czas dla nas. Był to również czas przemyśleń, nabrania dystansu do pewnych spraw, czas pytań i odpowiedzi.
Wszystkie doświadczenia, radości, uniesienia tego czasu są tak ulotne, tak szybko przemijają i … nigdy już nie powrócą i właśnie dzisiaj zdałam sobie z tego sprawę, podczas samotnego spaceru po mieście w dżdżu. Uświadomiłam sobie, jak to dobrze, że taką decyzję podjęłam, ile dzięki temu mogłam dać mojej Córce, a wyniosłam z tego jeszcze więcej. Coś, czego nikt nam nie odbierze.

Życzę wszystkim Rodzicom i Dzieciom możliwości takiego czasu.


wtorek, 9 czerwca 2015

Kolejna strona "mieć czy być"?



W Internetach znowu huczy. Blogerki i blogerzy podchwycili temat spotu nowej kampanii Fundacji Mamy i Taty „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Sam spot faktycznie jest słaby. Rzewne to takie, stereotypowe, nieciekawe i, jak zauważył mój mąż, sama aktorka jakaś mało przekonująca, bo za młoda. Trzeba to przyznać. Ale nie samo wykonanie spotu jest najbardziej poruszającym tłumy, tylko jego treść.
O cóż więc chodzi? Bohaterka jest, jak widać na załączonym obrazku, kobietą sukcesu, z własnym domem, nowoczesnym wnętrzem, dobrymi ubraniami. Lecz do szczęścia brakuje jej dziecka, o czym dowiedziała się dopiero teraz – czyli prawdopodobnie kiedy jest już za późno i roni łzę nad swoim losem (choć w tym spocie na to nie wygląda). No mówiłam, że tendencyjne i tandetne. Fakt! Generalnie przekaz ma być taki: „żebyś potem nie beczała, kiedy będzie za późno”.

Wzniosły się więc obruszone głosy! Co kogo obchodzi, że drugi nie chce mieć dzieci, co to za uogólnianie, że signle i singielki są nieszczęśliwi, że oni się świetnie realizują, ich życie ich satysfakcjonuje i nic więcej im do szczęścia nie trzeba!

I taka jestem ciekawa, ile lat mają Ci ludzie, którzy wykrzykują, jacy są szczęśliwi i zadowoleni? Bo z tego, co piszą, to mają góra 35. W pełni rozwoju zawodowego, z workiem sukcesów u boku, obwieszczający wszem i wobec, że życie jest piękne takie, jakie jest. Z moich obserwacji oraz literatury rozwoju człowieka wynika,że taki stan mija, potem następuje proces przemyśleń, rewizji, przeredagowania swojego życia, bo wraz z doświadczeniami zmienia się również nas system wartości. Wydaje mi się, że u większości z nich ten etap jeszcze nie nastąpił i stąd to zachłyśnięcie się chwilą obecną.

Można by pomyśleć, że jestem przeciwko nim. Tak to może wyglądać, ale nie jest. W ogóle moje zdanie odnośnie posiadania dzieci nie jest obiektywne, bo ktoś kto je ma, nie może sobie już wyobrazić życia bez nich, podobnie do sytuacji, kiedy ktoś dzieci nie ma, nie wie jak to jest je posiadać. Więc jedynie co mogę zrobić, to wyrazić swoją opinię.

Uważam więc, że rodzenie i wychowanie dzieci nie jest niczyim obowiązkiem, czasem nawet jest niewskazane, żeby niektóre osoby je miały (często jednak właśnie one je mają…). Niech to będzie decyzja każdego człowieka, to przecież największa odpowiedzialność jaka może spocząć na naszych barkach. W zasadzie niekończąca się. Więc wiele ludzi rezygnuje, bo uważa, że to nie jego bajka, że takie obciążenie nie jest mu potrzebne. Ok.

Tylko poszłam krok dalej. Dlaczego dla tych ludzi dziecko jest tylko obciążeniem, wycięciem kilku lat z życiorysu (chyba zawodowego, bo jakiego innego?). Czy dlatego, że wychowywani byli właśnie w takim przekonaniu? Że stoją na przeszkodzie swoim rodzicom? Że ci woleliby zajmować się czym innym? Robić karierę? Czy to kolejne pokolenie tak właśnie postrzegać będzie rodzicielstwo? Szczerze mówiąc, żywię głęboką nadzieję, że nie!

Ale smutnym jest, że te wspaniałe małe istoty mogą być traktowane jako obiekt, który się posiada lub nie. Smutne jest to, że osoby nie pragnące posiadać dzieci, widzą w nich tylko źródło zobowiązań (czasowych i finansowych). Nie widzą tego, jak wiele mogłyby otrzymać, nie dowiedzą się nigdy czym jest bezwarunkowa miłość i duma z człowieka, w wychowaniu którego miało się udział.

Jednocześnie zastanawiam się, dlaczego właśnie osoby, które nie doświadczyły stanu „za późno” wypowiadają się na ten temat najobszerniej, dlaczego reagują tak bardzo emocjonalnie? Przecież jeżeli Cię to nie dotyczy, to nie masz potrzeby brania udziału w dyskusji, Ty swoje wiesz i cześć pieśni. W tym przypadku tak nie jest. Dlaczego? Czuły punkt…?

Brakuje mi jednak w tym całym zamieszaniu głosu osób, które doświadczyły właśnie tego, o czym mówi ten spot. Które za późno zorientowały się, że jednak potrzebują w życiu czegoś ponad karierę, związek, poznawanie świata, zabawę. I wcale nie mówię o singlach, bo to faktycznie byłoby stereotypowe. Myślę tutaj o parach, bez względu czy są małżeństwami, czy nie. O związkach, które osiągnęły już wszystko i teraz zorientowały się, że przyszedł TEN CZAS. Czas na potomka. A tu … nic. Miesiąc, trzy miesiące, pół roku, dwa lata, pięć lat… I koniec. Kobieta niestety ma pewien zegar biologiczny, który sobie tyka. Aż przychodzi czas, że pewien etap się kończy i nic nie jest w stanie tego zmienić. Ani medycyna, ani wiara, ani ogromna siła woli. NIC. Oczywiście pozostaje adopcja, lecz nie każdy jest gotowy na takie wyzwanie i nikogo nie można za to obwiniać.
I tak sobie myślę, ze skoro taka kampania powstała, to może problem jest poważniejszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Oczywiście jest to dosyć niemedialne zagadnienie, bo czasy mamy takie, że sukces jest najważniejszy, a resztę się jakoś „doszyje”. Ciekawe tylko dlaczego kliniki in vitro pękają w szwach…?





piątek, 24 kwietnia 2015

Dialogi (trochę)prawdziwe

- Puk, puk!
- ...?
- Puk, puk!
- Chyba mi się wydawało...

- Puk, puk!
- ...kto tam?
- To ja!
- Hm... nie, to niemożliwe...

- Puk, puk!
- Kto tam?!
- To ja!
- Przecież... staraliśmy się... robiliśmy wszystko... To naprawdę TY? Nie, to musi być jakaś pomyłka, trzeba to koniecznie sprawdzić.
- Sprawdź! Do zobaczenia!

- I co? Sprawdziłaś?
- Sprawdziłam...
- Cześć, Mamo! Już mogę tak do ciebie mówić, prawda?
- Mamo? No, tak, mamo... ale ja... jak to się stało?
- Mamo, ty mnie pytasz?
- Tak, Ty z tym nie masz za wiele wspólnego... ale... przecież nie tak miało być...
- To znaczy, że się nie cieszysz, że jestem?
- Nie wiem! Ale jak to? Naprawdę jesteś?
- Jestem.
- Ale my nie damy rady!
- Z czym nie dacie rady? I kto WY?
- Ja z Twoim tatą... jeszcze są przecież Twoje siostry!
- Jakieś to skomplikowane. Co to Tata i co to Siostry?
- Wytłumaczę Ci później! Daj mi pomyśleć! Ja nie mogę sobie na Ciebie pozwolić, nie poradzimy sobie!
- Z czym sobie nie poradzicie? Nie dasz rady kochać jeszcze mnie?
- Dam radę! Nie o tym mówię! Zresztą sama nie wiem! Nie, nie damy rady!

- Hej, Mamo! Widzisz mnie? Widzisz? Widzisz?
- Widzę! I oczom nie wierzę!
- Widzisz, mam już prawie centymetr!
- Tak, widzę... i jesteś w pobliżu bardzo niebezpiecznej dla Ciebie rzeczy...
- Czego, Mamo?
- Tego, co miało sprawić, że miało Cię nie być...
- Miało mnie nie być?
- Nie ważne... na razie jesteś bezpieczny... bezpieczna... kim jesteś w ogóle??
- Na razie jeszcze nie wiem, ale w odpowiednim momencie na pewno dam ci znać.
- Jesteś bezpieczny... co ja mówię w ogóle, przecież mi nie zależy, przecież to i tak się na pewno nie uda, poza tym nawet nie powinno! Nie mamy warunków, mamy fajne, poukładane życie, imprezy co tydzień, nowi ludzie, nie chcę, żeby to się kończyło! Nie, nie mam zamiaru się do Ciebie przywiązywać! I nie mów już więcej do mnie!
- To znaczy... że mnie nie chcesz?
- Tego nie powiedziałam! Nic już nie wiem! Nie wiem, co mówię, nie wiem, co mam myśleć! Daj mi spokój!
- Dobrze, poczekam aż się uspokoisz, ale kiedy jesteś taka nerwowa, ja też się gorzej czuję...
- Wiem o tym. Przepraszam... zresztą jakie to ma znaczenie!

- Mamo, Mamo, popatrz, bije mi serduszko!
- Widzę... Jakie to niesamowite... Ty naprawdę jesteś i żyjesz i rośniesz... Jak szybko bije Twoje serduszko! Czy to dobrze? Tak, lekarz mówi, że dobrze... reszta też dobrze. Może jednak to wszystko jakoś się ułoży...

- Ojej, Mamo! Co to było?!
- To tylko lekarka wyciągnęła to, co miało sprawić, że miało Cię nie być. Jak się czujesz?
- Dobrze! Popatrz, macham do ciebie rączką! Fajnie jest mieć rączki i nóżki! Popatrz, co potrafię! Skaczę, obracam się!
- Wspaniale! Jesteś taki dzielny... dzielna... jak mam do Ciebie mówić?? Tak się o Ciebie bałam... Umierałam ze strachu, że coś Ci się może stać...
- To znaczy, że już mnie chcesz?
- Nie mów tak... Chyba od początku chciałam. Tylko okropnie się przestraszyłam...

- Czy musisz mi to robić? Nie wystarczą te wszystkie przeżycia, muszę witać każdy dzień w objęciach z muszlą klozetową?
- Źle się czujesz, Mamo? Przepraszam, to tylko te hormony. Ale dzięki temu mam się dobrze, one mnie chronią.
- Ciebie chronią, a ja umieram tutaj! Jak ja mam chodzić do pracy?! Jak mam funkcjonować i zajmować się Twoimi siostrami?!
- Musisz dużo odpoczywać, wiesz? Ale ja bardzo lubię, kiedy spacerujemy, tak przyjemnie wtedy kołysze.
- Nie mam siły spacerować, źle się czuję. Chcę spać!
- Dobranoc, Mamo!
- Dobranoc... Dziecko...

- Mamo, znów coś się dzieje!
- Wiem, Kochanie, jedziemy do szpitala.
- Mamo, domek mi się kurczy jakoś.
- Wiem, zaraz zobaczymy, czy wszystko w porządku... Proszę Cię, trzymaj się jakoś!
- Staram się, Mamo... ale nie jest za dobrze!
- Bądź dzielny, Okruszku... Bądź silny!
- Mamo, widzisz mnie?
- Ufff, widzę Cię. Pani doktor mówi, że wszystko dobrze z Tobą. Ale z Twoim domkiem nie jest najlepiej.
- Co to znaczy, Mamo? Zepsuł mi się domek? Co będzie jak całkiem się popsuje?
- Nie popsuje się całkiem! Nie może! Nie mogę Cię już teraz stracić! Będziemy teraz wypoczywać. Będziemy leżeć, nie mogę Cię na razie kołysać. Bądź dzielny, proszę Cię! Wszystko się ułoży!
- Dobrze, Mamusiu. Będę się starał, ile mogę.

- Mamo, przepraszam, że nie pojechaliście przeze mnie na wakacje.
- Przestań, to przecież nie Twoja wina.
- Trochę moja, bo jakby mnie nie było, to...
- Cicho, ale jesteś. I teraz jesteś najważniejszy, -sza... kiedy się dowiem, kim jesteś?!
- Chyba już niedługo.
- A na wakacje jeszcze pojedziemy wiele razy, na przykład w przyszłym roku. Ale będziesz wtedy malutką dzidzią... Oby tylko się dobrze skończyło. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym Cię teraz straciła. Twoim zadaniem jest teraz tylko rosnąć i się ładnie rozwijać. Na razie dobrze Ci idzie, za każdym razem jak Cię oglądam, jest Ciebie więcej.
- A jak mój domek?
- Hm... już jest lepiej, więc jutro wychodzimy do domu.

- Mamo, co to za dziwne uczucie?
- Jedziemy samochodem, na mini-wakacje. Tak bliziutko, więc nic na pewno Ci się nie stanie.
- Ale jak tak jedziemy, to ten domek...
- Wiem, wytrzymaj, już niedaleko.

- Mamusiu! Jest niedobrze, bardzo niedobrze!
- O matko, tym razem się nie uda, nie, nie może się udać, przecież to krwawienie jest strasznie obfite. Stracimy to dziecko, nie uda się!
- Mamo, nie denerwuj się, mamo, co się dzieje? Czemu do mnie nie mówisz?
- Jedź szybciej, Kochanie, jedź szybciej! Ja tego nie przeżyję! Co się znowu stało?!

- Mamusiu, patrz, macham do Ciebie, widzisz?
- Tak... jaka ulga... żyjesz... przynajmniej na razie... To niemożliwe, jak Ty to wszystko znosisz? Przecież tyle się wydarzyło, a z Tobą nadal wszystko w najlepszym porządku. Wokół się pali i wali, a Ty trwasz tam tak mocno!
- Bo ja bardzo chcę Cię zobaczyć, Mamusiu!
- Ja Ciebie też, Skarbie, wytrzymaj jeszcze trochę. Za 8 tygodni będą w stanie Cię uratować, jeśli byś się szybciej pojawił na tym świecie. Ale musisz być cierpliwy...

- To Ty?
- Tak, Mamo, poczułaś?
- Tak! Zrób jeszcze raz! Zrób, proszę!
- A masz!
- Dziękuję! Tak wspaniale czuć Twoje ruchy, to niesamowite! Ruszaj się często, żebym wiedziała, że z Tobą wszystko dobrze!

- Jesteś dziewczynką! Trzecia dziewczyna! Tata oszaleje! Hahaha
- A to dobrze? Dobrze, że jestem dziewczynką? Chciałaś dziewczynkę?
- Kochana, po tym wszystkim, co przeszłyśmy jest mi to obojętne. Cieszę się, że jesteś zdrowa, nic więcej mnie nie interesuje! Poczekaj, musimy zadzwonić do Taty z tą wiadomością!

- Mamo, jak długo jeszcze muszę tu być?
- Nie wygłupiaj się, to dopiero połowa! Jeszcze daleka droga przed nami!
- Tu jest nawet fajnie, ale czasem trochę nudno.
- Chodź, posłuchamy muzyki. Ja bardzo lubię muzykę, wiesz? Kiedyś będziesz z nami jeździć na koncerty! Oby tylko było to możliwe...
- Co możliwe, Mamo?
- Nic, nic, Maleństwo.

- Teraz będę Cię częściej kołysać, z Twoim domkiem jest już całkiem dobrze. Będziemy chodzić po Twoją siostrę do przedszkola.
- Lubię spacery! Mam wtedy więcej tlenu i lepiej się czuję! Lubię, kiedy kołyszesz! I lubię, kiedy się śmiejesz! I kiedy jesz słodycze! I kiedy Tata głaszcze po brzuszku!

- Mamo!
- Tak?
- Mamo, ciasno się robi!
- Ohoho, jeszcze ciaśniej będzie! Ale mnie też już jest ciężko... Nie wiem, jak mam wytrzymać jeszcze 2 miesiące... Przecież chyba pęknę!

- Mamo, nie pracuj tyle, jesteś zmęczona i ja też przez Ciebie!
- Idą święta, Córciu, Mama musi ogarnąć ten dom, upieczemy ciasteczka, zrobimy świąteczne potrawy. W święta przyjdzie do nas Babcia i wtedy będziemy odpoczywać.
- Ale nie przesilaj się, Mamo, dobrze?
- Dobrze, dobrze...

- Myszko?
- Tak, Mamusiu?
- Dzisiaj pojedziemy na koncert. Taki jak w zeszłym tygodniu, tylko bliżej.
- Wtedy było fajnie, dzisiaj też będzie?
- Na pewno. Staniemy sobie z tyłu i będziemy słuchać. A potem pogadamy na chwilę z Wujkiem Lipą i innymi i wrócimy do domu.
- Dobrze, Mamo!

Dwa dni później...
- Mamo!
- Ratunku!
- Mamo! Co się dzieje? Mamo, woda wypływa!
- Ratunku! Za wcześnie, zostało jeszcze 7 tygodni! Co teraz! Musimy jechać do szpitala!

- Mamo, ze mną wszystko dobrze, widzisz?
- Tak, widzę! Na szczęście. Ale tych wód jest już malutko... Poradzisz sobie jeszcze trochę? Już niedługo się zobaczymy! Ale jesteś taka maleńka, masz 2 kilo!
- Poradzę sobie, jestem dzielna!
- Wiem, jesteś najdzielniejszą dzidzią na świecie! Musisz tylko przetrwać te 36 godzin i będziesz na świecie. Wytrwaj Kochana, dałaś radę przez te wszystkie miesiące, pokonałaś spiralę, krwawienia, skurcze, musisz dać radę. Wiem, że dasz, bądź dzielna, jeszcze tylko te parę godzin, daj radę!

- Mamo, co oni robią? Mamo, oni niszczą mój domek! Mamo, ratuj! Mamusiu!
- Słoneczko, oni Cię wyciągają z brzuszka, bo inaczej się nie da w naszej sytuacji. Zaniosą Cię do inkubatora i zobaczymy się później. Jak tylko Mama będzie mogła, zaraz do Ciebie przyjdzie. Nie bój się, Mamusia ciągle o Tobie myśli!

- Jakaś Ty mała, jaka śliczna! Udało się!
- Mamusiu! Ratunku! Nie chcę iść z nimi! Chcę do Ciebie!

- Cześć Lenusiu!
- Lenusiu? Kto to?
- To Twoje imię, wybraliśmy jest z Tatą dla Ciebie.
- Nawet ładne. A Tata to ten, który ciągle do mnie zaglądał, jak Ty nie mogłaś? I mówił te wszystkie miłe rzeczy?
- Tak Skarbie, to Twój Tata.
- W końcu jestem przy Tobie, czuję Twój zapach i słyszę Twoje bicie serca. A co to to to? Może spróbuję wziąć do buzi...? Oooo! Pyszne! Kocham Cię, Mamusiu!
- Ja też Cię kocham, moja Córeczko!


piątek, 27 marca 2015

Ja mam rację!

Od dłuższego czasu obserwuję pewne zjawisko. Występuje w różnych sferach życia, nie ma znaczenia, czy to w Internecie, czy w kontaktach bezpośrednich, telefonicznych czy jeszcze innych.
Dotyczy szerokiej problematyki, wszystkich tematów, bez względu na to, czy wymagają wiedzy praktycznej, czy wiedzy specjalistycznej np. medycznej, psychologicznej czy innej. Trudno to nazwać, ale polega na tym, że „skoro ja tak robię, to tak jest dobrze!”.
O ile w błahych sprawach jest to tylko kwestia przedstawienia swojego zdania i nie rzutuje na poważne sfery życia, o tyle w wielu przypadkach może prowadzić do wyciągnięcia błędnych wniosków dotyczących istotnych stron życia, popartych pojedynczymi doświadczeniami, zupełnie nie mogącymi być traktowane jako rzetelne informacje.
I muszę przyznać, że sama w pewnym momencie złapałam się na tym samym. Pamiętam, kiedy pierwszy raz poszliśmy z Najmłodszą na rehabilitację, miała około 8 tygodni. Faktycznie, była dosyć mała, ale w sumie nie różniła się niczym od innych moich dzieci, poza wcześniactwem. Na rehabilitacji było bardzo sympatycznie, pani Ola była niezwykle miła i wykazywała się ogromną empatią i kompetencją. Zrobiła na nas świetne wrażenie. Przekazywała nam wiele przydatnych informacji i umiejętności dotyczących zajmowania się wcześniakiem. I niby wszystko ok... ale po przyjściu do domu zaczęliśmy dyskutować na ten temat. No bo co? Że ja niby nie umiem podnosić dziecka? Ej, no nie wygłupiajmy się, przecież to moje TRZECIE dziecko i jakoś do tej pory żadnemu wcześniej nie zrobiłam krzywdy podnosząc tak, a nie inaczej. I jeszcze z tym bujaczkiem... Czemu niby Mała miałaby nie spędzać w nim czasu?! Dwie poprzednie leżały ile wlezie i są zdrowe, i sprawne, i dobrze się rozwijają. A z tą chustą to nawet mnie nie denerwuj! Przecież mówiono nam na szkole rodzenia, że chusta to świetna sprawa do noszenia dzieci i mają one wtedy odpowiednią pozycję i wygodę. Więc dajcie spokój, ale chyba trochę pani Ola przesadza z tym wszystkim. Nie jestem jakimś ignorantem i wiem, że do dziecka trzeba odpowiednio podchodzić, tym bardziej jeśli jest zagrożenie, że może coś po drodze być nie tak.
Taka była nasza pierwsza reakcja. Przecież my, jako rodzice, wiemy lepiej co jest dobre dla naszego dziecka!
A wszystko dlatego, że to, czego dowiedzieliśmy się na tym pierwszym spotkaniu burzyło schemat, który już pomału zbudowaliśmy. Byliśmy nauczeni, że postępujemy z dziećmi w ten i ten sposób, więc wykonywaliśmy wiele czynności automatycznie, nie przywiązując do nich wagi. Teraz musielibyśmy zwracać uwagę absolutnie na wszystko! A to wymaga pewnego wysiłku. I, jako pierwsza reakcja, pojawia się bunt. Spowodowanym czym? No właśnie lenistwem! Kiedy doszłam do tego wniosku, zrobiło mi się po prostu wstyd. Ale to nie przyszło tak łatwo i szybko.
Z powodu asymetrii Małej, uczęszczałam na rehabilitację na początku co dwa tygodnie. Sama, siłą rzeczy, bo ktoś przecież musi zarabiać na to stadko. Zaczęłam słuchać tak naprawdę, co panie rehabilitantki mają mi do powiedzenia, przekazania, przećwiczenia. Jaka jest przyczyna danego upośledzenia, jakie może nieść skutki zaniedbanie lub niewłaściwe postępowanie. Zaczęłam rozumieć, co się do mnie mówi, dlaczego zaleca mi się takie, a nie inne postępowanie z dzieckiem. Że to nie jest wymysł dla utrudnienia mi życia, tylko ma to przynieść mojemu dziecku wymierne korzyści. Że bez tego Mała ma szansę żyć normalnie, ale z tym ta norma może być lepsza. Że bez tych ćwiczeń na pewno nauczy się siadać, chodzić i biegać, ale dzięki konkretnym zabiegom jakość tych czynności będzie o wiele lepsza. JAKOŚĆ – pierwszy raz usłyszałam wtedy o czymś takim. Że dziecko może gorzej jakościowo chodzić, chwytać, raczkować. I nagle dotarło do mnie, że przecież pragnę, żeby moje dziecko było przygotowane do swojego przedwczesnego startu najlepiej jak się da. Więc za każdym razem po powrocie z rehabilitacji przekazywałam informacje Mężowi i razem ćwiczyliśmy podnoszenie, obracanie, wodzenie, noszenie, pokazywanie czarno-białych przedmiotów i wiele innych rzeczy.
Na taki obrót rzeczy miała też wpływ inna sprawa.
Podczas naszych wizyt w Ośrodku nieuniknione były spotkania z dziećmi okropnie doświadczonymi przez los. Z dziećmi bardzo mocno upośledzonymi czy to fizycznie czy umysłowo, czy jedno i drugie. Serce mi się krajało, kiedy patrzyłam na nie i na ich rodziców walczących o najmniejszy postęp w rozwoju. Momentami czułam się tam nie na miejscu. Przecież moje dziecko jest zdrowe, tylko może trochę później coś zacznie robić, a tam są dzieciaczki potrzebujące nieprzerwanej niemal rehabilitacji. Kiedy podzieliłam się moimi wątpliwościami z rehabilitantką, ta stwierdziła, że każde dziecko jest dla nich ważne, to z małymi i to z wielkimi problemami. Wtedy to stwierdziłam, że mój bunt był po prostu głupi. Z powodu „nie chce mi się” mogłam odebrać swojej Córeczce tak wiele! A tymczasem tutaj są ludzie, którzy poświęcają się dzieciom bez granic, bez końca, bez przerwy. Gdyby oni ulegli takiej słabości, ich dziecko nie miałoby najmniejszych szans. Kiedy to dotarło do mnie, zintensyfikowałam wysiłki w kierunku zapewnienia Małej jak najlepszych warunków do rozwoju. Nie kładłam w bujaczku (tylko wyjątkowo), bez przerwy spędzałyśmy czas na ziemi, pomimo tego, że Ona za tym nie przepadała, kulałyśmy się, czołgałyśmy, płakałyśmy i tak ciągle.
Jaki był wynik tych zabiegów? Za każdym razem, kiedy przychodziłyśmy na rehabilitację, a było to coraz rzadziej, co trzy tygodnie, raz na miesiąc, co sześć tygodni, Pani Ola mówiła, że jest wspaniale, że Mała się świetnie zbiera, że nie musiałaby różnych czynności wykonywać tak szybko, że na wiele ma jeszcze czas, ale skoro robi, to znaczy, że jest już gotowa. Byłam z niej taka dumna! Z niej... i z nas trochę też. Bo daliśmy radę być ponad swoje słabości, ponad zmęczenie, ponad głupie lenistwo. Z pokorą przyjęliśmy, że możemy czegoś nie wiedzieć, że ktoś inny może mieć rację, bo po prostu się na tym lepiej zna, jest specjalistą z ogromnym doświadczeniem w danym temacie.
Dlatego denerwuje mnie ogromnie, kiedy czytam komentarze (może nie powinnam?!) pod różnymi postami serwisów rodzicielskich o tym, że „używałam chodzika, a syn rozwija się świetnie”, „kładłam dziecko w bujaczku i nic mu nie jest”, „karmię mieszanką od urodzenia, bo chciałam nie mieć obwisłych piersi, a dziecko jest zdrowe jak ryba” i wiele, wiele innych przykładów. Te osoby nie mają na poparcie swoich słów żadnych rozsądnych argumentów, żadnych badań, publikacji naukowych – NIC! Wyłącznie pojedyncze doświadczenie, na dodatek jego efekty nie są nawet do końca potwierdzone, bo są setki rodziców nie zdających sobie nawet sprawy z wad postawy czy innych ich dzieci. Te osoby nie interesują się zbytnio kolejnymi etapami rozwoju dzieci, nie mają pojęcia jak ważna jest właśnie ich kolejność, jak wpływają na nabywanie następnych umiejętności i jakie mogą być konsekwencje ich zaburzenia. A kiedy pojawia się jakiś rozsądny głos w sprawie, na przykład położnej lub fizjoterapeuty, natychmiast jest zagłuszany i twierdzi się, że to co mówi, jest przesadą. No, okropne! Totalne zachwianie autorytetów.
Więc będę apelować do Rodziców mających jakiekolwiek wątpliwości. Radźcie się zawsze potwierdzonych i zaufanych, rzetelnych źródeł. Internet jest najgorszym doradcą. Sprawdzisz, co znaczy, że od tygodnia masz katar i dowiesz się, że umrzesz na raka za trzy dni.
Kochani, bądźmy rozsądni, bo chodzi o zdrowie i życie naszych dzieci.



poniedziałek, 16 marca 2015

Grupa wsparcia

 Ostatnie wspomnienie szpitala wywołało we mnie bardzo skrajne emocje. Bo też nie jest to miejsce, gdzie można szczególnie wypocząć, zwłaszcza psychicznie. Dzieje się wiele. Dzieje się źle. Dzieją się tragedie, walka, przegrana...
Doświadczałam na co dzień zapachu krwi roniącej kobiety, widoku łóżka zalanego wodami płodowymi pękniętego pęcherza w 14 tygodniu ciąży lub łez niedoszłych, niestety, mam, słyszałam słowa „siostro, mam to dzieciątko na podpasce...” Współodczuwałam z nimi, cierpiałam i dziękowałam naturze, że dała mi taki silny płód. Pocieszałam i płakałam w poduszkę w obawie, że ja będę następna, bo przecież ogromna liczba kobiet wychodziła ze szpitala ze stratą. Ponadto przedmiotowe podejście lekarzy do nas, matek, obojętnie na jakim etapie życia dziecka – MATEK! - bolało okropnie. Na przykład stwierdzenie jednej Pani: „No, ta pani ciąża to wisi na włosku!”, choć walka o „tą ciążę” trwała już drugi miesiąc i dziecko trzymało się mocno. Tak po prostu, zero pozytywnej energii, wsparcia, nadziei. Przeżycia te pozostawiły we mnie bardzo głęboką bruzdę. Długo po wyjściu ze szpitala śniło mi się, że znowu tam jestem, że znowu oglądam te nieszczęścia.
I nie wiem, jak bym przez to wszystko przeszła, gdyby nie pewne osoby. Kobiety, które były tam ze mną. Wszystkie nas łączył jeden temat – nasze dzieci, których bardzo pragnęłyśmy, ale nagle coś stawało na przeszkodzie szczęśliwemu rozwiązaniu. Trafiłyśmy na siebie przypadkowo, w pewnym sensie byłyśmy na siebie skazane, bo nikt nie pytał, czy mamy ochotę leżeć akurat w tej sali, w tym towarzystwie. Leżałyśmy łóżko w łóżko i walczyłyśmy. O każdy dzień, o kolejny tydzień, o kolejne pozytywne usg. Niektóre dziewczyny pojawiały się na chwilkę, niektórych imion nie pamiętam. Niektóre nie chciały w ogóle rozmawiać, bo wszystko, co się działo, było dla nich tak strasznie trudne.
Ale były też kobiety, dzięki którym chciało się przetrwać kolejny dzień. Chciało się w ogóle otworzyć usta. Kobiety, które dodawały mi sił. Kobiety, z którymi rozmawiałyśmy nie tylko o naszych dolegliwościach, ale i bardzo intymnych szczegółach dotyczących naszego życia, rodzin, teściowych i przyjaciół. Śmiałyśmy się razem i wspierałyśmy ze wszystkich sił. Wrzucałyśmy dwójeczki do telewizora i przeklinałyśmy okropne jedzenie. Lepiłyśmy do materacy z powodu upału i dawałyśmy rady, co najlepsze na mdłości. Przekazywałyśmy doświadczenia poprzednich ciąż dziewczynom, które nosiły swoje pierwsze dzieciątko. Przekonywałyśmy do karmienia piersią, porównywałyśmy swoje brzuchy i wyniki usg, przeżywając ze łzami w oczach małe rączki i nóżki. I to było wspaniałe. Tworzyłyśmy dla siebie grupy wsparcia, czerpiąc i dając jednocześnie. To okropne, co powiem, ale tak bardzo nie chciałam, żeby niektóre z Was wychodziły ze szpitala! Nie, żebym życzyła Wam źle, ale tak dobrze mi z Wami było!
Podobnie było po urodzeniu Najmłodszej. Nie przypominam sobie, żebym po wcześniejszych porodach nawiązała z kimkolwiek w szpitalu choć najmniejszą więź. Tymczasem teraz było zupełnie inaczej. Byłyśmy sobie takie bliskie. Może dlatego, że wszystkie miałyśmy podobne problemy – wcześniactwo naszych dzieci. A może właśnie trafiłam na takie świetne dziewczyny. Pamiętam, że wychodząc ze szpitala ryczałam jak bóbr, nie mogąc wykrztusić nawet słowa pożegnania.
Z niektórymi z Was nadal utrzymuję kontakt, z niektórymi częstszy, z innymi rzadszy. Z niektórym w ogóle go nie mam, ale często myślę. Z niektórymi nadal nie możemy się spotkać, choć umawiamy od roku :)

Chciałam Wam bardzo podziękować! Bez Was nie dałabym rady! Cieszę się, że to właśnie Wy byłyście przy mnie w tych najcięższych chwilach w moim życiu!


środa, 4 marca 2015

Szacun dla wychowujących w pojedynkę!

Po doświadczeniach dzisiejszej nocy i jeszcze wielu innych oraz poranków, o których już wcześniej pisałam, doszłam do jednego wniosku. Kochane Mamy i Drodzy Ojcowie, którzy w pojedynkę (nie podoba mi się określenie „samotnie”) wychowujecie swoje dzieci – WIELKI SZACUN DLA WAS! Nie wyobrażam sobie ile musi Was to kosztować.
Ostatnia noc (raczej bliżej poranka) była okropnie wyczerpująca i dwie osoby dorosłe w postaci mojego Męża i mnie naprawdę miały co robić. Najmłodsza o godzinie czwartej z groszami zaczęła wymiotować. Więc zryw z łóżka – śpi z nami. Jeden leci po miskę do łazienki, drugi wyciąga dziecko z pieleszy, żeby nie zabrudziła pościeli jeszcze bardziej niż to nastąpiło. I teraz nie wiadomo, co najpierw, czy zająć się zarzyganą podłogą i pościelą, czy najpierw wsadzić małą do wanny, bo było to konieczne. Wybraliśmy w pierwszej kolejności jej komfort, oczywiście. Kiedy jeden wyciera i ubiera Małą, drugi przebiera łóżko, wyciera podłogę, przygotowuje spanie. Idziemy spać. Po 20 minutach powtórka… od początku. Z tym, że nie trzeba było kąpać dziecka. Kładziemy się – jest 4.40. Kiedy zaczęło mi się robić w końcu ciepło, zadzwonił budzik. Więc nieprzytomność na maksa. Ale żyć trzeba.
Poranki są stresujące najbardziej. Z powodu presji czasu. Wszystko wyliczone do minuty. Jeśli jedna rzecz się nie powiedzie, przeciągnie lub cokolwiek się zmieni, wszystko zaczyna się sypać. Dwie osoby, przy dwójce małych dzieci uczęszczających do różnych placówek, są według mnie niezbędne. I każda ma pełne ręce roboty. A i tak czasem coś nie pójdzie i atmosfera jest napięta, jak nie przyrównując… dobra, nie przyrównując.
Jest jeszcze kwestia choroby. Kiedy jedno jest chore, drugie przejmuje na siebie jego obowiązki. Naturalne. Zaopiekuje się dziećmi, ogarnie dom, ale zadba też o chorego, przytuli, zrobi posiłek – JEST.
I może jestem jakaś ograniczona, może nieogarnięta, może zbyt mało książek przeczytałam, ale naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że radzę sobie z tym wszystkim sama. Czasami mam wrażenie, że gdyby nie Ojciec moich dzieci, nie dałabym rady, oszalała, albo popłynęła w jakąś inną stronę.
Dlatego, Kochani samodzielnie opiekujący się dziećmi, podziwiam Was! Jesteście dla mnie gigantami! Nie wiem, jak sobie z tym wszystkim radzicie, na pewno jest Wam często tak ciężko, że płaczecie w poduszkę, że macie ochotę rzucać przedmiotami, że chcielibyście uciec na koniec świata. Ale nie macie wyjścia, musicie być, musicie trwać przy Waszych dzieciach, bo one maja tylko Was. Tylko Wy możecie przebrać je, kiedy są spocone w gorączce lub obrzygane jak moja Mała dziś w nocy, tylko Wy jesteście w stanie je uspokoić, kiedy mają w nocy złe sny, albo koledzy w przedszkolu lub szkole je przezywają. To Wy prowadzicie swoje pociechy na zajęcia dodatkowe, żeby zrobić, co w Waszej mocy, aby ułatwić im start w ten trudny świat, choć nieraz macie ochotę tylko na to, żeby usiąść przed telewizorem i nie myśleć. I to właśnie Wy dzielicie ze swoimi dziećmi wszystkie radości, osiągnięcia, pokazujecie jacy jesteście dumni, pomimo nieprzespanych nocy, pomimo zmęczenia takiego, że ledwo trzymacie się na nogach. Pomimo tego, że nie ma Wam kto głupiej herbaty zrobić, czy przynieść koc, kiedy leżycie (tak, z pewnością leżycie…) w gorączce. I często nie ma Wam kto powiedzieć, jaką wspaniałą robotę wykonujecie. Jesteście doskonali, pomimo tego, że nie jesteście idealni!

KAŻDY Z WAS ZASŁUGUJE NA MEDAL!